sobota, 11 maja 2013

Kulturnie

Mieszkanie w Warszawie ma pewne dobre strony. Jest tu sporo możliwości wyżycia się artystycznego. Wystarczy chcieć. Za niewielkie pieniądze można skorzystać z warsztatów, zajęć, imprez, które są tu organizowane masowo.
Za moich czasów dla dzieci były do wyboru kurs tańca, harcerstwo i nauka gry na pianinie albo akordeonie. Kto słyszał o kursach ceramiki albo pracowniach rysunku i filcowania? U nas nie było. Teraz skolko ugodno.
I to wcale nie kosztuje fortuny. Wystarczy poszukać pobliskiego czy dalszego Domu Kultury.
Dom kultury - jaki pamiętam ze swojego dzieciństwa to była dziura, w której nic się nie działo. Niby były jakieś zajęcia taneczne, ale czy ktoś tam chodził??? Nie pamiętam.
Dzisiejsze domy kultury to fajne miejsca. Można iść na spektakl, teatrzyk z dzieckiem, wystawę często za zupełne friko albo przysłowiowego piątaka. I nie występuje jakiś tam podstarzały aktorzyna w pękniętych galotach tylko normalni aktorzy lub aktorzy amatorzy, którzy traktują swoje zadanie bardzo poważnie. Taki teatralnie "ogarnięty" dom kultury to białołęcki BOK - budynek, organizacja, jakość przedstawień - pogratulować! Trochę daleko od całej reszty Warszawy ale warto.

fot z: http://www.bok.waw.pl/index.php

Kolejnym domem kultury jaki miałam okazję nawiedzić był dom położony w samym rynku Starego Miasta, gdzie chodziłam przez jakiś czas na zajęcia z rysunku. Stara kamienica, pracownia z masywnymi sztalugami i laboratoryjnymi stołkami na poddaszu. W pracowni ja + prowadząca a czasami jeszcze ktoś. Pani ustawiała mi martwe natury a ja rysowałam przez 4 godziny ciurkiem. Kosztowało mnie to - żeby nie skłamać - coś koło 30 zł miesięcznie a i tak zostałam poinformowana, że w zasadzie mogę wnioskować o obniżenie tej opłaty o połowę...
Staromiejski Dom Kultury: http://www.sdk.pl/index.php ma fajny klimat i skrzypiące dębowe schody ciągnące się wyżej i wyżej i jeszcze wyżej po sam strych. Na parterze siedzą panie przyjmujące opłaty za kursy przy dębowych biurkach zawalonych książkami. Na każdym piętrze coś się dzieje. Jak nie galeria to dźwięki instrumentów, wyżej dzieci uczą się śpiewu, jeszcze wyżej zajęcia teatralne a na samym wierchu pracownia obwieszona szkicami. Bardzo, bardzo polecam.

fot z: http://www.sdk.pl/

Poza domami kultury warto przyjrzeć się muzeom i ich ofercie edukacyjnej. Okazuje się, że muzea to nie tylko łażenie od pokoju do pokoju, ale całe mnóstwo warsztatów, zajęć i wykładów.
Ostatnio miałam okazję uczestniczyć w zajęciach z ceramiki dla dzieci organizowanych przez muzeum etnograficzne w Warszawie. Temat - lepimy doniczkę na majowe konwalie. Zabrałam siostrzenicę i poszłyśmy lepić. Ładna, jasna pracownia. Panie miłe i pomocne. Dużo materiałów i narzędzi. Słowem - udane warsztaty.

fot: http://www.ethnomuseum.pl/dla-zwiedzajacych/klubokawiarnia-bily-konicek

Ulepiłyśmy 3 naczynia: każda swoją doniczkę i jedną dodatkową fontanno-miseczkę na małe orzeszki ziemne albo pistacje - pomysł i wykonanie siostrzenica, nadzór techniczny i wsparcie duchowe - ja.
Nasze dzieła jeszcze czekają na wypał i mam nadzieję, że nie spękają w piecu. Tego byśmy nie chciały!
  


Następny przystanek to Uniwersytet Otwarty. Słyszał kto może?


O uniwersytecie dowiedziałam się od koleżanki w pracy. Weszłam z ciekawości na stronę i z marszu zapisałam się na wykłady z Arts&Crafts. Cena atrakcyjna. Zajęcia przygotowane profesjonalnie. Jedno z lepiej zainwestowanych 180 zł (2-miesięczny kurs). Zachęcona tym doświadczeniem zainwestowałam ponownie i obecnie jestem kursantką zajęć pt. "Korzenie designu" - po pierwszych zajęciach mogę powiedzieć jedno - design to nie tylko polimerowe kanapy i lampy z rogami jelenia. To coś więcej. Ale co? No właśnie spodziewam się dowiedzieć. Podobno wszystko ma swój sens - nawet takie "przytulne" foteliki jak ten poniżej...

fot z: http://www.luminidesign.com/2011/12/bauhausmodernism-furniture.html

I barwne plamy wpisane w kwadrat. Zupełnie podobno nie przypadkowe, tylko wypracowane w pocie czoła.
Kompozycja Piet Mondrian

Coś czuję, że przede mną totalna abstrakcja. Dosłownie i w przenośni...

Pozdrawiam!

wtorek, 16 kwietnia 2013

Giełdy Targowiska Pchle Targi

Skąd bierze się stare przedmioty? Gdzie jechać po stare meble, a gdzie po mosiężne klamki? Gdzie po dywany i zasłony? Czy jest dobra "meta" na starą porcelanę i żyrandole?
Jakaś pewnie jest. Każdy, kto lubi takie rzeczy ma zapewne swoje ulubione targowiska/miejsca/składy.

Moją sprawdzoną metą na meble kiedyś było warszawskie Koło. Kiedyś to znaczy jakieś 7-8 lat temu, kiedy jeszcze Śląsk przyjeżdżał do Stolicy samochodami wypchanymi meblami. Wtedy jeszcze im się to opłacało. Dziś po prostu jest Allegro a benzyna droga i nikomu już się nie chce tachać ciężarów na drugi koniec Polski.
A było tak fajnie...Wtedy jeszcze jeździłam czerwonym Oplem kombi pożyczonym od taty i tym właśnie Oplem zwiozłam do domu z Koła kilka rzeczy, które mam do dziś. Dębowy stół, na którym ktoś chyba rąbał świńskie tusze toporem wyrządzając okropne szkody, sosnową bieliźniarkę, którą cygan zachwalał "że jeszcze dzieci po dzieciach dziedziczyć będą" a potem się okazało, że więcej w niej kołatka niż drewna, kilka mosiężnych podstawek pod żelazko i ceramicznych płytek z holenderskimi wzorami, młynek do pieprzu i chyba to wszystko...
Koło było fajne. Handlarze z Koła byli jedyni w swoim rodzaju. Operowali wyłącznie dwoma terminami "secesja" i "art deco" - innych rzeczy tam nie było. Jak miało na sobie wyrzeźbiony albo namalowany  kwiatek to secesja, jak kwadratowy kształt to "art deco" i koniec gadania. Przesadzali z cenami oczywiście. Warszawka bogata, Warszawka zapłaci. Lubiłam tam jeździć.
Dzisiejsze Koło to głównie militaria, trochę ikon, trochę porcelany, trochę wszystkiego. Ale mebli już bardzo mało albo wcale. Nic nie trwa wiecznie.

Zdjęcie pochodzi z: http://www.cro.pl/weldon-the-run-majowka-u-zbiegu-trzech-granic-zgorzelec-t34688-135.html

Drugą sztandarową "metą" okolic Warszawy są oczywiście Bronisze. Byłam chyba dwa razy. Za każdym razem wychodziłam z niczym. Ceny olbrzymie. Sprzęt niby odnowiony, niby po renowacji, wybłyszczony, meble zalane poliesterem, który przykryje wszystkie ubytki i wady, plastikowe, sztuczne w dotyku, z byle jak zrobionymi wstawkami forniru, odnawiane masowo, obdarte z charakteru, który na pewno kiedyś miały ale już nie mają. Jedyną fajną rzeczą na Broniszach jest to, że targowisko znajduje się w hali i można sobie pobuszować nawet w kiepską pogodę. Mnie tam jednak nic nie ciągnie. Może kiedyś...


Zdjęcie pochodzi z: http://www.wolf.pl/gielda.html

Trzecia rzecz to giełda samochodowa. Tak giełda. Samochodowa. W Słomczynie. Samochodów tam już jak na lekarstwo. Allegro i tym podobne portale wykosiły giełdziarzy. Ale jest szrot. Szrot jest zbiorowiskiem wszelkiej maści handlarzy, którzy zwożą swoje dobra z Niemiec, Holandii czy Skandynawii. Skąd oni to biorą jeden Bóg raczy wiedzieć. Między starymi kosiarkami, rowerami, toną brudnych odtwarzaczy VHS i magnetofonów typu "jamnik" można znaleźć coś naprawdę ładnego.

 
Zdjęcia zaczerpnięte z: http://bazikotek.pinger.pl/m/7328035/targowisko-p-roznosci-cz-i 
 
Lubię szrot. Choć w znakomitej większości towar tam prezentowany to śmiecie.
Ze Słomczyna pozyskałam w sumie dwa fotelo-krzesła i wieszak na ręczniki, o którym już pisałam.
 



Skoro już pokazuję to krzesło to muszę przytoczyć historię ich "targania" do domu.   
Kobieta ściągająca do domu meble czy inne elementy wyposażenia wnętrz potrafi siłą przebić Pudziana. Jak coś jej wpadnie w oko to nie ma zmiłuj. Nad tymi krzesłami zawiesiłyśmy się symultanicznie obie z mamą. To znaczy ja zauważyłam, ale przeszłam. Mama zawołała mnie i powiedziała tylko 3 słowa: "Takie angielskie róże" - co w wolnym tłumaczeniu miało oznaczać "wywalisz tą tapicerę i dasz nowe obicie w kwiaty", po czym obie skinęłyśmy twierdząco głowami i przeszłyśmy do realizacji transakcji. Kosztowały fortunę. Całe 50 zyla... Były ciemne i miały zgniłozielone obicie. Potem się okazało, że są dość ciężkie a my byłyśmy same. Więc je sobie powkładałyśmy na głowy - bo tak było najwygodniej - i wlokłyśmy je przez całą giełdę do auta.  
Ale krzesła to i tak pikuś w porównaniu do innych "piórek" co je - jakoś tak wyszło - ściągałam do domu głównie z mamą. Kobieta potrafi. Jak musi :)    

Dobrze zapowiadającym się źródłem - nałogowo odwiedzanym co niedziela przez mojego teścia jest warszawka Olimpia. Trzeba jechać rano. Podobnie jak na szrot i Koło. Przewaga szmelcu nad wartością ale  jest. Dobre oko wypatrzy coś ciekawego i tu. Jeszcze tam mnie nie było ale zasadzam się :) Cel - kryształowe kieliszki. Podobno są...

 Idzie wiosna, może w końcu zrealizuję w tym roku swój odwieczny plan odwiedzin miejscowości Czacz. Opinie są różne, jedni polecają inni są rozczarowani, ale czy to ważne? Ważne żeby pobuszować! Nieprawdaż?

Pozdrawiam


wtorek, 19 marca 2013

Czas ucieka

Naszą rodzinę opanowało szaleństwo zegarkowe.
A zaczęło się niewinnie. Mój małżonek wybierał się do sklepu ze sprzętem sportowym i w drzwiach rzuciłam mu na odchodne - "Kup mi jakiś zegarek. Jakikolwiek. Na gumowym pasku - taki żebym nie miała oporów go włożyć 3 metry pod wodę i trzepnąć ze dwa razy o podłogę".
I kupił. Ja założyłam to plastikowe cudo na rękę i zapomniałam o sprawie.
Ale nie Adam! Temat raz zapuszczony nie umiera u niego śmiercią naturalną. On lubi się zakatować czymś na amen, posiąść najtajniejszą wiedzę o najmniejszym trybiku mechanizmu, rozbebeszyć każdy dostępny w rodzinie zegarek i pooglądać sobie śrubki, dowiedzieć się jakie zegarki nosili Jan Paweł II, Hitler i Daniel Craig w Bondzie... I tak od jakiegoś miesiąca, a może dłużej mój małżonek "rozkminia" zegarki.
Do domu wjeżdżają więc kolejne: budziki (obecnie 3 na stanie), zegarki mechaniczne (nie wiem ile już ich jest) i automatyczne (jeszcze więcej niż mechanicznych). Co z tego zostanie na zawsze? Zobaczymy.



W kwestii czasu a w zasadzie jego upływu jeszcze słów kilka...
Moja rodzina generalnie pochodzi z Polski środkowej. Zaraz po wojnie jednak moi pradziadkowie z różnych względów wyemigrowali na tak zwany zachód. Dlaczego mówi się na zachód skoro to południe? Tego nie wiem, dość, że chodzi o Dolny Śląsk, który po wojnie masowo zasiedlali Kargule, Pawlaki no i właśnie moi pradziadkowie...Czemu tak zrobili to już osobna, dramatyczna historia rodem z brazylijskiego serialu, ale nie ważne. Pojechali. Tam po młynarzu - Niemcu - przejęli młyn. Z opowiadań mojej babci i mamy wiem, że pradziadkowie jeszcze przez jakiś czas współmieszkali z Niemcami - poprzednimi właścicielami - w jednym gospodarstwie. Dom i gospodarstwo musieli oddać. Majątku ruchomego nikt im nie wyrywał siłą. Sami jednak sporo zostawili, część rzeczy moja prababcia odkupiła za bezcen. Taka ponoć była u Niemców bieda, że porcelanę, srebrne sztućce, pościel oddawali za worek mąki. Czy to sprawiedliwe czy nie? Raczej nie. Ale czy wojna była sprawiedliwa? Można by powiedzieć - sami chcieli. Co jednak winni byli tacy młynarze jak nasz Niemiec z Dolnego Śląska? Nic. Wojna nie była sprawiedliwa, Hitler wiadomo, szwaby wiadomo, ss-mani wiadomo...Ale mimo wszystko u nas w rodzinie słowo "poniemieckie" wzbudza respekt. Poniemieckie rzeczy to dobre rzeczy. Porządne. Na lata. Dobrej jakości. A Niemiec to gospodarz cała gębą. Niemiec nie wyrzucał niczego, u Niemca się nie marnowało, jemu nie gniło, on jak miał to miał.
Moja prababcia miała coś z kolekcjonera. Potrafiła rozpoznać rzeczy wartościowe i je gromadzić. Nie każdy ma taki dar. A ona miała. Zebrała więc ładną kolekcje poniemieckiego sprzętarstwa. Póki żyła sama korzystała z tych dóbr. Kiedy zbliżał się koniec zaczęła przemycać swoje skarby do schroniska, które uznała za godne - do mojej mamy. Mówiła "Masz! Bierz! Jak mnie zabraknie to wszystko przepadnie!" I miała rację. To czego nie przygarnęła moja mama przepadło. Przepadło to, co pamiętam nawet ja. A czego nie pamiętam to już nawet słuchać nie chcę bo aż serce boli, że wujek na ten przykład radośnie porąbał jakiś poniemiecki sekretarzyk albo coś tam innego gdzieś się zapodziało w stodole albo zgniło.
Tak więc trochę rzeczy przetrwało. Trochę sztućców i porcelany, które moja mama opatrzyła metką "eksponat muzealny" i nie wyciąga nigdy - no chyba, że od WIELKIEGO dzwonu albo wigilii. I dobrze. Przynajmniej wiadomo, że się uchowa.
I po co ja o tym wszystkim piszę. Kolej rzeczy jest nieubłagana. "Masz. Bierz!" - usłyszałam ostatnio od swojej babci, która wcisnęła mi kilka skarbów. Małą bombonierkę i dwa zdobne talerze, w tym jeden zdaje się czyjś prezent ślubny.





    Dem Brautpaare - młodej parze (?) - nie bardzo znam Niemiecki...

I tak się zastanawiam czy tą młodą parą było małżeństwo Niemców młynarzy z Dolnego Śląska?
Chciałabym żeby tak było :)
Może by się cieszyli, że ich prezent ślubny mam zamiar przechowywać dopóki się da.



 

poniedziałek, 4 marca 2013

Kapcie do adopcji

Mam takie kapcie. Sama je uszyłam. Bo ja kiedyś szyłam takie kapcie...
To biały filc. Porządny biały filc. Nowiuśkie. Wyszyty po części szklanymi paciorkami a po drugiej części granatami. Takimi kupionymi hurtowo na giełdzie kamieni szlachetnych i minerałów. Jeśli się komuś podobają to proszę bardzo. Rozmiar 38. Nie umiem i nie chcę robić żadnego candy. Oddam w dobre ręce bez lubienia mnie na fejsie i innych takich. A jeśli ktoś mnie mimo to polubi to się po prostu ucieszę :)




piątek, 1 marca 2013

Toruń

Z tym pianinem wiąże się wiele istotnych spraw, dlatego też pozwolę sobie o nim napisać i potraktować go w sposób szczególny.

To było jesienią. Konkretnie w listopadzie. Pojechaliśmy z mężem do Torunia zobaczyć pianino. Jego właścicielka chciała je oddać komuś do remontu, a że nie znalazła nikogo bliżej siedziby Kopernika to jechaliśmy my. Dojechaliśmy do jakiejś miejscowości pod Toruniem. Pianino obejrzane. Koszt remontu podany. Ugoda przedwstępna zatwierdzona. Czy jakoś tak.

Pianino przyjechało do pracowni kilka tygodni po oględzinach. Właścicielka poinformowała męża, że instrument w zasadzie już jest po renowacji tyle, że nie do końca takiej jakiej oczekiwała. I trzebaby poprawić co się da. Poprawić...
To co w sobie zawierał Toruń - tak go roboczo nazwijmy - wołało o pomstę do nieba. Mąż rozkręcał go partiami i robił zdjęcia, żeby mi później pokazać w domu jak duże poczucie humoru miał jego poprzednik dokonując tej - no przecież nie renowacji - tylko raczej dewastacji instrumentu.
Czego tam nie było! Jakieś filce pozyskiwane najprawdopodobniej ze starych kapci, ponaklejane na młotki, jakieś parciane tasiemki z lokalnej pasmanterii zamiast skórzanych pasków w elementach mechaniki, dno rezonansowe połatane na gwoździe (!), klawiatura równana czymś w rodzaju pociętego ocieplacza krawieckiego a może filtra do okapów kuchennych, makabra w czystej postaci! Nawet ja nie obeznana z tematem przyglądałam się temu z podziwem nad inwencją dewastatora.
A spec się ponoć drożył i brał zaliczkę za zaliczką i lepił te swoje filce gdzie się dało.

Pozostawił po sobie kilka przekomicznych patentów...To na przykład młotek oklejony paskiem z filcu. Kłaki jak na baranie! Takie coś raczej wygłuszy dźwięk niż go wydobędzie.
A tu kreatywne podejście do wyrównania klawiatury. Powinny być papierowe, okrągłe podkładki, których grubość dobiera się z naprawdę dużą precyzją. Nasz spec zastosował jak na moje oko pocięty filtr do okapu kuchennego. Gwoli informacji - to co widać na zdjęciu to kołki podtrzymujące klawiaturę.

A tu mechanika i struny, które przeszły "gruntową" renowację mistrza. Już nawet nie chodzi o takie rzeczy jak ten filc z kapci, ani nawet o brak niektórych strun, ale żeby chociaż tego nie oczyścić??


A tu klawiatura po (!) renowacji...


Toruń prawdziwie nas ubawił... Chociaż w zasadzie żal mi było trochę pani właścicielki, że tak się dała wpuścić w maliny. No ale skąd miała wiedzieć prawda?

A to już późniejsze etapy prac zwieńczone dużym, jak sądzę, sukcesem w postaci zadowolonej klientki, która nawet nam przysłała później swoje ślubne zdjecie na tle Torunia! Widocznie był tego wart...

Tu widoczne elementy mechaniki wyczyszczone z brudu.


Tu wybielona i wypolerowana klawiatura z uzupełnionymi ubytkami 


Tu praca nad politurą:


Rezonans wyszpanowany (czyli wyklinowany w miejscach pęknięć). Nowe struny. Nowe kołki stroikowe - czyli to na co nawinięta jest struna.


Tu cały Toruń w pełnej krasie po złożeniu:



Przykład Torunia powinien dać do myślenia osobom, które dają się porwać iluzji tak zwanych tanich "renowacji". Tania renowacja to zwykle kiepska renowacja. Żeby dobrze odnowić instrument trzeba nad nim spędzić wiele ładnych godzin, a dodatkowo dobrze wiedzieć dlaczego strunę nawija się w tym a nie innym kierunku, dlaczego trzeba skłuwać nowe młotki, skąd wiąć kość na brakujące nakładki klawiszowe, czym najlepiej polerować mosiądze, jak wyregulować mechanikę, jak wyważyć klawisze, ile strun powinno być w chórze, dlaczego stare stalówki się wyrzuca, jak wymierzyć nowe struny basowe i wiele, wiele innych, których to rzeczy mądre głowy uczą się latami a oszuści nie dowiedzą się nigdy...Nie wierzcie w tanią albo łatwą i szybką renowację. Słuchajcie potencjalnych usługobiorców. Spytajcie o szczegóły. Pogadajcie chwilę. Dowiedzcie się czy po przeprowadzonym remoncie przysługuje wam np. jeszcze strojenie za jakiś czas. Jeśli tak, to znaczy, że renowator nie boi się pojawić u was w domu po roku bo wie, że nikt go nie przepędzi kijami za wyrządzone krzywdy.
Przestrzegam przed specami wszelkiej maści...    

A poza tym, a w zasadzie przede wszystkim, Toruń czyli H.Meifsner - to moja osobista wycieczka do momentu, w którym zorientowałam się, że zostanę mamą! Bo to właśnie po oględzinach tego instrumentu, przy zakupie pierników w Toruniu zakręciło mi się dość porządnie w głowie jak nigdy przedtem. I pomyślałam sobie ocho!   

O nie! zapomniałabym o jeszcze jednym wydarzeniu okołotoruniowym. No przecież to właśnie Toruń był na warsztacie, kiedy mój małżonek wystąpił w telewizji w programie o sobie samym :)   http://www.youtube.com/watch?v=KGBz9Wy_S34 - to dopiero był ubaw :)

Pozdrawiam!

wtorek, 19 lutego 2013

Łazienka

Łazienka czekała bardzo długo.
Najpierw były kosmicznie długie poszukiwania kafli. Kupić ładne, po prostu białe kafelki o rozmiarach mniejszych niż płyta lotniska było zaskakująco trudne. Myślałam, że wejdę do pierwszego lepszego sklepu i wybiorę kafelki. Ale nie! Białe?! I do tego małe?! Nie proszę pani takich nie ma. Potem stoczyłam batalię o płytki w kształcie oktagonalnym na podłogę. Chciałam białe z niebieską kostką. Tak owszem są ale najbliżej w Wielkiej Brytanii. A u nas to co najwyżej biało-białe i to w cenach zcinających z nóg w okolicy kolan.
W końcu padł wybór na klasiko-tipiko od Hiszpana. Kto nie zna Vivesa i jego oferty? Pewnie znakomita większość zna. Ameryki nie odkryłam. Generalnie polecam.


Łazienka dłuuugo świeciła pustkami.
Pierwszy wjechał stary wieszak na ręczniki, który nabyłam latem na giełdzie samochodowej!
Ile ja się naszukałam takiego wieszaka... Już nawet tatę wstępnie urobiłam żeby mi taki po prostu zrobił. Wertowałam aukcje internetowe i sklepy. I nic. Aż tu nagle któregoś dnia pojechałam z tatą na giełdę samochodową i tam na tak zwanym "szrocie" JEST! Złapałam od razu i dyla do samochodu. A tu jakiś facet mnie goni i pyta czy mu nie odsprzedam tego wieszaka bo się też zasadzał na niego, ale poszedł po pieniądze i już nie zastał jak wrócił. A tak wogóle to czy ja wiem, że to jest wieszak na ręczniki? 
Czy ja wiem?! Proszę Pana! Ja takiego wieszaka szukam odkąd skończyłam 25 lat! Ani mowy nie ma żebym go teraz miała komukolwiek sprzedawać!
I tak to już miałam pierwszy mebel do łazienki. Bardzo praktyczny i stabilny - jak się okazało.


A potem to już poszło łatwo. Adres IKEA - jak zwykle niezawodny. A ponieważ nie wiem jak się tworzy prawidłową łazienkę to zrobiłam prawie prawidłowy pokój. Jeszcze kilku rzeczy brakuje ale już dochodzimy do finiszu.





Tu być może dla niektórych śmieszna sprawa - lampa w łazience. A dlaczego nie? Jak pokój to pokój. A czy nie jest ważny nastrój w takim miejscu jak kibelek? Tam zwłaszcza!



I na koniec: kto czytał ten pamięta. Darmowe próbki tapet William Morris prosto z fabryki. Trochę się nagimnastykowałam żeby je zebrać. Wysyłali mi je małymi partiami i dozowali ciekawość. Piękna sprawa. Z ciekawości tylko spytałam o ich cenę. No cóż. Nie dla psa kiełbasa.  
 Ale namiastka jest.



  Pozdrawiam zza apartu, którego nie umiem obsługiwać! Jak robić dobre zdjęcia wnętrz? Są albo nie ostre, albo prześwietlone. Czy trzeba mieć super-ekstra sprzęt, czy po prostu pojąć zasadę działania przesłon, migawek ISów i innych tajemiczych pokręteł? Denerwuje mnie to.  
Pozdrawiam.

czwartek, 7 lutego 2013

Nadstawka


To była akcja z cyklu "dziś pomysł, jutro wykonanie".
Przyszedł nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy. Z tyłu głowy cały czas miałam tą nadstawkę co to już prawie ujrzała progi allegro, ale jakoś się powstrzymałam przed sprzedażą... A niech leży! Może nad łóżko w sypialni się ją powiesi, może do łazienki, może...
Skąd ją mam? Od sąsiada męża. Chciał wywalić bo to brzydkie. No i oczywiście Adam przygarnął bo jak sądzę fornir mu się spodobał i leżała. I leżała i leżała. Aż w końcu przy okazji ostatnich roszad pracownianych mąż wydobył ją na światło dzienne i zarzucił temat "a może coś by z tym zrobić?". I zrobiliśmy.
Dostałam do ręki jakiś tajemniczy płyn renowatorski, którego nazwy nawet nie wymienię bo w obcym języku była, wórki metalowe do drugiej ręki i na kuchennej podłodze, w jeden wieczór, opędziłam starą warstwę pokrycia wydobywając ładny, orzechowy fornir spod spodu. 

Mebel wywoskowany i gotowy do implementacji leżał sobie później pokotem na kuchennej podłodze przez kilka kolejnych dni, aż się małżonek, zmęczony ciągłym potykaniem, zlitował i przyniósł zestaw do borowania dziur w ścianach.
I to co jeszcze wczoraj wyglądało tak:


Dziś wygląda tak:





I stanowi mini-biblioteczkę dla mojego "obszernego" księgozbioru.
Tak! Zgadza się! Posiadam prawie wyłącznie książki kucharskie... Czy jestem dobrą kucharką? No cóż jajka na twardo ugotuję. Na miękko już nie koniecznie...
Pozdrawiam!